Jak Pani rodzina trafiła do Kazachstanu?
- W 1936 roku z rozkazu Stalina wywieziono moją rodzinę do Kazachstanu. Do tego czasu moi przodkowie mieszkali w okolicach obwodu Chmielnickiego, w polskiej miejscowości Choteń. Na spakowanie mieli dosłownie kilka godzin. Potem w bydlęcych wagonach zawieziono ich do Kazachstanu.
Jak wyglądało to nowe życie?
- Do 1956 roku zesłańcy byli pod ścisłą kontrolą NKWD. Zabraniano im mówić w swoim języku. NKWD chodziło pod domami i nasłuchiwało. Jeżeli ktoś mówił po polsku lub modlił się stosowano wielkie kary. Niewyobrażalne dla przeciętnego Polaka są warunki w jakich mieszkali zesłańcy, a także bardzo dokuczliwy klimat. Już w pierwszych dniach zsyłki nakazano ludziom budować domy, by mogli przeżyć zimę. Budowano chaty ze słomy i gliny. Brak higieny i pokarmu doprowadził do tego, że w pierwszej kolejności umierały małe dzieci i ludzie starsi. Zimy były tak surowe, że po wyjściu do studni po wodę w czasie śnieżyc - ludzie błądzili i zamarzali. Mimo tych ekstremalnych warunków polskie rodziny starały się trzymać razem. W tajemnicy zbierano się na modlitwę i obchodzono święta.
Jak udało się wam przetrwać?
- Polskim rodzinom w dużym stopniu pomogła wiara w Pana Boga. W naszej rodzinie wychowywano nas w tradycji polskiej i wierze katolickiej. Nam jako małym dzieciom wciskano do głowy w szkole ateizm. Ciężko było nam zrozumieć gdzie jest prawda. Często znosiliśmy szyderstwa ze strony kolegów i koleżanek, a nawet czasami od nauczycieli.
Ale jednak udało się Pani dostać do Polski.
- Stowarzyszenie polskie "Polonia Północna" z północnej części Kazachstanu pomogło nam nawiązać kontakty z ojczyzną. Nas i moich rodziców rusyfikowali, a nasze dzieci zaczynali kazachizować. Na początku 1995 roku zostaliśmy zaproszeni do Polski przez biznesmena łódzkiego. Miał na nas czekać dach nad głową i praca. Tuż przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że nasz dobroczyńca zmarł. Było jednak za późno aby się wycofać.
Bardzo Państwo zaryzykowali.
- To była determinacja. Skontaktowaliśmy się z przyjaciółmi, oni poznali nas z szefową Związku Repatriantów RP Aleksandrą Ślusarek. Pomogła też jedna z małopolskich gazet. Wybudowaliśmy dom, znaleźliśmy pracę choć początki były bardzo trudne.
Czyli nic do szczęścia nie brakuje!
- Trzeba się cieszyć, że jestem tu w Polsce i, że jestem u siebie ale moim jedynym marzeniem jest aby wszystkie siostry z rodzinami były tu w swoim kraju. Niestety nie jest to takie proste. W Kazachstanie nie jest łatwo dostać zaproszenie i wyjechać. Są bardzo skomplikowane procedury przedłużające bardzo czas starań. Czekam na moją siostrę, która została wdową. Musiała pozbyć się gospodarstwa. Mieszka ze znajomą w jednym pokoju w mieście. Wynajmuje mieszkanie. Ciężko pracuje od rana do wieczora żeby zarobić na życie. Czynimy starania z Panią Aleksandrą, aby wróciła do Polski, ale to się okaże. Każdego dnia myślę o siostrze i bardzo tęsknię.
Dziękuję za rozmowę.
Wysłuchała Anna Mączka





















